• Announcements

    • Shinzuke
    • Shinzuke

      Bliźniacze Smoki - Informacja   01/29/2017

      Witam, jak widzicie zacząłem znów pisać rozdziały. Jeżeli chęci i wyobraźnia dalej będą takie jakie są, to na pewno w najbliższych dniach będziecie mieli co czytać jeżeli chodzi o Bliźniacze Smoki.    Dziś dodałem Rozdział 144: Chwila prawdy – Moc Boga Zła cz2   Co do Tsuny, to nie wiem, podobno coś napisał, ale kiedy doda musicie już pytać się go.    Rozdział 145 kiedy będzie? Hmm, szczerze to mam praktycznie napisany cały rozdział już. Ale kiedy go dodam to się jeszcze zobaczy, zależy od aktywności, czy się będzie opłacać :-) 

Adirox

Moderator
  • Content count

    301
  • Points

    6,160 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

513

6 Followers

About Adirox

  • Rank
    Książe Magii
  1. A ty NikimWażnym z 13 poziomem Mistrza Magii
  2. Nie musisz mnie pocieszać
  3. czytelna tak, a teraz postaw się na miejscu Ayi i zrób coś z tej wiadomości ze słuchu
  4. Te miejsce jest straszne. Wszystko zniszczone jest o wiele bardziej, niż miasta w których do tej pory bywałam. Zupełnie jakby to tutaj rozpoczęła się apokalipsa. - Coś tu z pewnością jest nie tak. Bądźcie ostrożni, miejsce z którego nadano sygnał jest kilometr przed nami, jednak z pewnością jest tu coś więcej, niż tylko ludzie. - oznajmiła Kiyo, która szła przodem. Stuprocentowo popieram to co właśnie powiedziała, jednakże nie ma tu żadnych zombie, a przynajmniej w obrębie tego miejsca. Mam dziwne przeczucie, że jest tu coś o wiele bardziej groźnego. Mam tylko nadzieję, że są to tylko moje wymysły i bez problemów wykonamy misję. Chodzenie wśród zniszczony budynków o ile w ogóle jeszcze można je tak nazwać i przy uliczkach, w których nie można dostrzec nawet jednych zwłok po zombie coraz bardziej mnie przeraża. *Wraaghh - Co… co… co to jest?!!! - wykrzyczałam w panice widząc za sobą dwie wielkie bestie. Wszyscy odwrócili się słysząc mój krzyk tylko po to by następnie rzucić się do ucieczki. Problem był w tym, że nie było szans uciec na żaden budynek, gdyż są tu jedynie zgliszcza. Dlatego też mogliśmy jedynie biec przed siebie. - To jest ten diabeł? - Mamoru zapytał Kiyo, a po jej potwierdzającym kiwnięciu głową zatrzymał się. - Co chcesz zrobić? - zapytałam w tym samym czasie co Kazuki. - Biegnijcie, odciągnę tą dwójkę dziwadeł. - rzekł bez zawahania patrząc na dwie biegnące w jego kierunku dwumetrowe czerwone monstra z rogami. ---Perspektywa Mamoru--- - Nikomu nie pozwolę ich skrzywdzić.- wyszeptałem pod nosem, czekając na moment w którym będą najbliżej mnie, a zarazem będę pewny skuteczności mojego planu. Oczywiście nie byłem gotowy na walkę z diabłami, jednak z tym cudeńkiem rozsadzę im łby. Rządowa modyfikacjo M4A1, pokaż mi co potrafisz. Gdy tylko zbliżyły się do mnie zatrzymałem je przy pomocy mojej zdolności i zbliżyłem się. Jednak to był błąd. Zostałem pochłonięty przez mrok, z którego natychmiast wyskoczyłem, lecz gdy dotknąłem ziemi, poczułem, że coś jest nie tak. Przede mną widziałem tylko jednego diabła. Gdzie drugi? Nim się zorientowałem, moje ciało zostało wysłane w powietrze na wysokość co najmniej czterech metrów. Przecież tu nic… szlag. Ponownie czymś dostałem i bezwładnie odleciałem na kilkanaście metrów, by ostatecznie zostać zatrzymanym przez wrak auta. - Co tu się odpierdala? I kogo ja pytam? Nikt mi nie odpowie. Po prostu muszę zabić tego… Dostrzegając coś kątem oka, natychmiast użyłem zdolności, a tym co zatrzymałem był diabeł. Skąd on się tam wziął? Nie mam pojęcia, ale jest już mój. Posłałem w niego cały magazynek, a każdy z pocisków przyspieszyłem przy pomocy mojej zdolności. Z głowy tego potwora zrobiłem cholerny pasztet, jednak to mój limit. Koniec… - Szlag! - To żyj. ---Perspektywa Kiyo--- Najpierw jazda z nimi, która jakoś ujdzie, a teraz diabły. Dobrze, że Mamoru postanowił się poświęcić. I to nie tak, że mu współczuje, czy coś. On po prostu jak idiota rzucił się na dwa diabły, więc dla mnie wynik jest jasny. Poświęcił się by ratować dziewczynę i Ayę. To cud, że w ogóle mu na to pozwoliły. A może nie? - Kiedy dojdziemy na miejsce? Chcę szybko wrócić po Mamoru. - rzekł największy wyrzutek w tej drużynie. Oczywiście mam na myśli Kazuki, która oddała swą najmocniejszą broń Mamoru. Po co komu zdolność, skoro musi ją uzupełniać czymś tak płytkim jak bronie palne? Nie rozumiem tego i nie mam zamiaru, choć… kurwa, sama przecież tak robię. To miejsce jest jakieś dziwne, chyba odpuszczę sobie przedłużenie misji. Lepiej będzie jak najszybciej wrócić. Ten dziwny niepokój jest naprawdę denerwujący. Na szczęście nie tylko ja jestem niespokojna. Aya zaczyna panikować, a Kazuki coraz bardziej rzucić się w pogoń za martwym już pewnie Mamoru. - Kiedy dojdziemy na miejsce? - Kazuki powtórzyła pytanie, bo ją olałam. - Jesteśmy na miejscu. - odpowiedziałam pewna swojej racji, ponieważ jest to jedyny nie zniszczony budynek w okolicy. Oo… aż ciarki przeszły mi po plecach. Lepiej będzie ulotnić się stąd jak najszybciej. Jednak najpierw trzeba potwierdzić ten sygnał. - Jest ktoś w środku?! - krzyknęłam by upewnić się o braku ludzi i oczywiście zombie. - Nie krzycz. Jeszcze coś tutaj przyjdzie. - odpowiedziała roztrzęsiona Aya. Przez nią i ja zaczynam się bać, pomimo iż jestem naprawdę zajebista. - Chodźmy do środka. Drzwi do środka nie były nawet zamknięte, jednak pomimo tego w środku panował spokój. Zero zniszczeń, zero zombie czy czegokolwiek, aż nazbyt spokojnie. Jednakże mój niepokój i tak wciąż rósł, a najgorsze jest to, że nie mogę tego kontrolować. Co tu się do cholery odpierdala? Nie robiąc hałasu przeszukałyśmy cały budynek, piętro po piętrze i znaleźliśmy tylko jedno pomieszczenie z którego można by nadać sygnał, więc natychmiast poinstruowałam dziewczyny i wzięłyśmy się do roboty. Od momentu w którym tutaj jesteśmy jest naprawdę inaczej, niepokój minął, a praca idzie w miarę. Tylko Kazuki co jakiś czas odchodzi od sprawdzonego sprzętu i podchodzi do okna z nadzieją na ujrzenie Mamoru. Niestety jego szansa na przeżycie jest nikła. *Strch I znowu to samo. Idzie pod okno. - Mamoru! Rozumiem, że rozpacza, ale może przestanie? Nic tym nie wskóra. - Naprawdę? Aya, serio? I ty żyjesz marzeniami? Ten gość nie miał szans przeżyć. - Nie rozpaczajcie. - musiałam to powiedzieć, jednak muszą zrozumieć, że go już z nami nie ma. - Nie rozpaczamy. Jest na dole. Idę po niego. - wyskoczyła nagle z tym tekstem Kazuki, po czym wybiegła, a Aya wróciła do pracy. Ale jakim kurwa cudem on to przeżył, a co ciekawsze wygląda na nietkniętego. Niemożliwe, coś jest nie tak. - Zaraz wrócę. Idę ich pogonić do pracy. - oznajmiłam dla Ayi przed wyjściem. Niech przynajmniej ona nie wariuje. ---Perspektywa Ayi--- Mój brat żyje. Cieszę się i w ogóle, jednak chce się stąd wydostać, a stojąc przy oknie nie przyspieszę tego. Kazuki pobiegła do niego, by wskazać mu drogę, a ja wróciłam do szukania. Po chwili jednak i Kiyo wyszła, mówiąc, że trzeba pogonić ich do pracy. Przynajmniej ona jest po mojej stronie. “Do wszyst**** Ta wiadomoś* ** was poi***mowa* o zag*o***iu, które nie je** *** d* ko*** zna**. Ta plac**** **az z esp****i z*st*** wyb*** pr*** co* *o m*ż* ko****l*wać za**wno **ykł*** l*dz* jak i es*****. Jeś** tu jes… ...***ajcie... Taką wiadomość usłyszałam, jednak znając pewną sztuczkę. Byłam pewna, że jestem w stanie odkodować tą wiadomość w bardzo prosty sposób. ======= ==================== ======= Chcieliście to trzymajcie. Liczę jednak na aktywność pod rozdziałem
  5. Nieźle A teraz w imieniu wszystkich, którzy tego chcą, ale się nie przyznają, zachęcam cię do napisania +18
  6. Gdy tylko kilka sylwetek pojawiło się na horyzoncie Harr, Sedd i Aria z jednej strony byli zadowoleni, gdyż była to tylko piątka osób. Z drugiej zaś strony moc każdego z nich była na poziomie świętego, nie licząc kobiety, której moc znajdowała się na poziomie arcymistrza. - Jakim cudem ktoś tak słaby sprawił, że czarni rycerze porzucili swój honor? – zapytał Harr nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Każdy z czarnych rycerzy był po zażyciu mikstury pomniejszającej, jednak gdy tylko ów piątka zatrzymała się zatrzymując swój wzrok na połączonych siłach wojowników klanu Quando i Saver. - Słabeusze zawsze trzymają się w grupie. – oznajmiła Eliz, po czym pstryknęła palcami, a służący jej czarni rycerze wyciągnęli spod swych zbroi mikstury powiększające. Ciała czarnych rycerzy po powrocie do swych pierwotnych rozmiarów bez chwili zwłoki ruszyły w kierunku stojących im na drodze wojowników. Czarny rycerz trzymający w swych dłoniach oręż i tarcze, zaczął emitować zieloną aurę. Jego szybkość drastycznie się zwiększyła i wbiegł w wojowników wroga, taranując wszystkich po drodze. W dosłownie chwilę był już pod murami miasta, w które bez zawahania wbiegł. Ziemia zadrżała od tego uderzenia, a sam mur zaczął się zawalać. Powstała w nim wielka wyrwa, przez którą czarny rycerz patrząc przez chwilę rzucił w głąb miasta czarny orb. Ten natomiast szybko docierając na miejsce zaczął pękać, a z jego wnętrza wyskoczyły hordy nieśmiertelnych. „Pewnie jako pierwsza, odnajdę świątynię.” – pomyślała, po czym zatrzymała swój wzrok na dwóch olbrzymach w czarnych zbrojach. Jeden z nich – Sedd dobywając swój dwuręczny czarny miecz wykonał zamach w kierunku olbrzyma winnego zniszczenia muru, jednak ten z łatwością zablokował jego atak swoją tarczą. - Wszyscy wracać do miasta i zająć się wrogiem!!! – krzyknął Harr podejmując natychmiastową decyzję, a następnie skupił się na trójce czarnych rycerzy, którzy wciąż nic nie robili. Członkowie obu klanów widząc upadek muru na początku bitwy, natychmiast wykonali wydany im przez Harra rozkaz, tym samym opuszczając obszar, na którym doszłoby do jednostronnej rzeźni na nich. - Dasz radę pokonać Evella? – zapytał Harr patrząc kątem oka na impas jaki między Seddem, a jego przeciwnikiem powstał. - Mając przed sobą Vedda, Sacca i Torra jako przeciwników, jeszcze się pytasz?! – krzyknął będąc pod naporem ciosów. – Oczywiście, że dam radę! Vedd jest czarnym rycerzem starej generacji, który chronił wschodniego miasta, a Sacca to imię niemego wojownika, który swym poświęceniem ocalił grupę Ryujiego. Natomiast Torra zwany przez niektórych mrocznym paladynem był największym potworem z całej tej czwórki, gdyż jako jedyny nie dzierżył żadnego rodzaju broni białej, a magiczny kostur promieniujący lekkim niebieskawym światłem, który wspomagał jego zdolności magiczne. - A ty dziewczyno możesz wziąć na siebie choć jednego z nich? – zapytał wyraźnie przytłoczony mając za przeciwników takie potwory. - Nie ma sensu bym brała na siebie któregokolwiek z nich. - słysząc te słowa Harr z niedowierzaniem spojrzał na Arię, która po chwili ciszy dodała – Wspomogę cię w walce. Stojąc obok ośmiometrowego towarzysza broni, oboje zaszarżowali na trójkę czarnych rycerzy, a tym który odpowiedział na ich atak, był Vedd. Jego czarna szabla zatańczyła na wietrze i kierując się wprost na Harra, została zablokowana w ostatniej chwili. Starcie sił dwóch czarnych rycerzy sprawiło, iż ziemia zadrżała po raz kolejny. Aria widząc okazję w ich wymianie ciosów, w jednej chwili zmieniła tą wyrównaną konfrontację, na jednostronną, gdyż wraz z dotknięciem hełmu Vedda, anulowała jego czarny pancerz i broń. Harr pomimo lekkiego zaskoczenia, natychmiast zareagował, a jego ostrze przeszyło klatkę piersiową wroga. Ten jednak chwycił za ostrze i wlepiając swoje martwe ślepia w oponenta, przeszedł do walki wręcz. Zamach prawą ręką w głowę uzbrojonego Harra, zakończył się jednostronnymi obrażeniami, które dotknęły atakującego. Widząc stan swojego wroga Harr spojrzał na niego z litością, po czym odepchnął kopnięciem i jednym cięciem pozbawił go głowy. Eliz oglądając tą wymianę ciosów oblizała tylko wargi patrząc z ekscytacją na Arię, która była w stanie zneutralizować sekwencję jej czarnego rycerza. - Z przyjemnością zastąpię go tą dziewczyna. – oznajmiła nie kryjąc swojego podniecenia oraz rumieńców na jej bladych policzkach – Wy dwaj przyprowadźcie mi tą dziewczynę. Włos z głowy mam jej nie spaść. Olbrzyma natomiast zabijcie. Harr widząc poległego przeciwnika w głębi duszy poczuł się uradowany tym wspólnym zwycięstwem, które zawdzięczał w większym stopniu niezastąpionej zdolności Arii, bez której ów walka z pewnością byłaby wyrównana. Gdy tylko w jego kierunku ruszył Sacca przybrał postawę defensywną, jednak stojąca na jego głowie Aria bardziej skupiła się na Torrze, którego magiczny kostur koncentrował energię na jego końcu. - Przejdź do ofensywy! Ja zajmę się resztą! – wykrzyczała mając plan by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Harr przechodząc do ataku był opanowany i spokojny, a gdy jego ostrze zderzyło się z orężem Sacca poczuł całą siłę włożoną w ten atak. Ręce od dłoni do łokci mu zdrętwiały, a drugi atak już nadchodził. Słynny ze swojej szybkości Sacc nie mógł zawieść mając taką okazję, jednak Aria natychmiast skoczyła w jego kierunku pozbywając się jego jedynej defensywy – czarnej pełnopłytowej zbroi. Wraz z jej zniknięciem Harr wykonał kopnięcie skierowane w jego piszczel, a następnie wykonał półobrót z zamianą stóp i kopnął bezpośrednio w skroń. Pomimo jego starań nie przyniosło to efektów, a wręcz przeciwnie, bowiem całkowicie w tym momencie porzucił defensywę. Ciężki cios w wykonaniu Sacca wylądował na jego twarzy, z podobnym skutkiem gdy to samo zrobił Torr. Uderzanie gołą dłonią w czarną zbroję jest naprawdę niekorzystne, nawet dla takich potworów jak czarni rycerze. Harr odzyskując czucie w dłoniach po nieudanym ataku swojego przeciwnika, wymierzył ostrze wprost w jego szyję z zamiarem odcięcia głowy, lecz niespodziewany atak Torra był szybszy. Wodny pocisk przez niego wystrzelony trafił bezpośrednio w jego prawą nogą, by w następnej chwili eksplodować. Ogromne ilości wody nawodniły pustynne piaski tworząc błoto pod stopami Harra, tym samym utrudniając mu ten jeden ruch, który przeważył o życiu Sacca, który powrócił do swej czarnej zbroi, a następnie bezlitośnie wycelował swym ostrzem w jego twarz pozbawiając go lewego oka. Harr jednak nic nie mówiąc zerwał się szybko z ziemi i ciął w kierunku dłoni swojego wroga, tym samym pozbawiając go jej. - Torrze, chyba przyszła pora byś przestał się wygłupiać. – wyszeptała pod nosem Eliz rozkoszując się walką.
  7. Aorth pomimo bycia w wpół przytomnym spojrzał w kierunku Nergo, który patrzył na niego z niedowierzających wyrazem twarzy. Kierując trójząb trzymany w prawej dłoni na swojego oponenta, Sartion poczuł się jakby jego ciało rozciągało się wokół. Coś jakby posiadał dodatkowe kończyny, które nie mają żadnej formy. Szybko łącząc to z kałużą krwi pod swoimi stopami zrozumiał w jaki sposób działa jego nowa moc. Wziąwszy głęboki oddech Sartion jeszcze raz spojrzał na otaczającą go krew, a następnie bez żadnego ostrzeżenia ruszył w kierunku Nergo, który nim przyjął pozycję defensywną zawahał się na chwilę. Pierwszy trójząb w niego wycelowany, przebił mu udo, podczas gdy drugi natychmiast ruszył w kierunku jego głowy. Nergo dzięki bólowi z pierwszej rany otrząsnął się, a jego czerwone ślepia błysnęły nim zaatakował. Gdy tylko jego broń zbliżyła się do twarzy Sartiona, ten zasłonił nadchodzący atak ramieniem. Ostrze wbiło się głęboko i zatrzymało dopiero na kości, krew natomiast wystrzeliła nienaturalnie w kierunku atakującego trafiając w jego ramię, który widząc częściową skuteczność ataku potraktował syrena błyskawicą. On jednak tylko zacisnął zęby znosząc ból, a następnie użył kałuży krwi za sobą do techniki wody. „Nawałnica” Kałuża krwi zaczęła formować się w tysiące maleńkich kulek, które natychmiastowo wystrzeliwały w kierunku Nergo, jak i Sartiona, który znajdował się w zasięgu własnej techniki. Pomimo iż były to tylko kule krwi, wraz z trafieniem miażdżyły kości ich obu. - Pierdolony samobójca! – krzyknął Nergo opuszczając ostrzeliwany obszar, po czym wystrzelił w kierunku Sartiona błyskawicę. Ten jednak znosząc ból od własnej techniki uważnie śledził jego ruchy i w momencie pojawienia się błyskawicy uformował ścianę z krwi, która skutecznie zneutralizowała atak. Nergo widząc zastosowanie krwi w ofensywie jak i defensywie zrozumiał, że pokonanie syrena nie będzie takie proste, lecz nawet przez myśl mu nie przeszło by się wycofać. - Zobaczymy czy nadążysz. – wyszeptał pod nosem, a następnie formując kręgi pod stopami oraz jeden na plecach, ruszył z połączoną prędkością błyskawicy i powietrza na swojego wroga. Sartion nie był w stanie nawet zareagować, a co dopiero przejść do defensywy. Jednak pomimo tego, atak Nergo zakończył się fiaskiem, a on sam został przebity przez kolce z krwi. Syren nie był tego świadom, jednak krew zareagowała wraz z tą, która wcześniej została na ramieniu Nergo. - Ja... Ja żyję. – wydusił z siebie wyraźnie wyczerpany Sartion, który widząc przebite nieruchome ciało Nergo wiedział, że to już koniec. - Niech cię śmieciu!!! Uwolnij mnie, bym mógł cię zabić!!! – wykrzyczał nie mogąc się nawet ruszyć wskutek tego, że krew Sartiona dostała się do jego ciała i sparaliżowała od wewnątrz. - To koniec. Wygrałem. – rzekł syren, po czym ostrze Nergo przeleciało obok jego głowy. Sprawiło to, że Sartion mimowolnie drgnął, po czym spojrzał na ciało swojego przeciwnika, w którym nie było ani krzty życia. Wraz z rozpadnięciem się utwardzonych z krwi kolców zwłoki Nergo opadły, a Sartion spojrzał w kierunku bramy, przy której nie dostrzegł żadnej żywego wojownika. - Co... Co tam się stało? Przegrali? - Jak ty. – głos Nergo dotarły do uszu Sartiona, który nagle się odwrócił i poczuł jak zimna stal przebija mu klatkę piersiową. – Twoim błędem było nie zniszczenie mojej broni. Sartion czując jak opuszczają go siły spojrzał w kierunku kałuży krwi, gdzie leżało ciało Nergo. Było ono tam, jednak dokładnie tak samo wyglądający osobnik właśnie śmiertelnie go ranił. - Czy-czym ty je-jesteś? – wydusił z siebie resztką sił, po czym jego ciało zsunęło się z ostrza. - Prawdopodobnie gdybyś wiedział, że istnieje w ostrzu, bardziej byś skupił się na nim, niż moim pojemniku. – rzekł, po czym aby upewnić się co do śmierci Sartiona odciął mu głowę i przywiązał sobie do pasa. W tym samym czasie towarzysze Nergo wdarli się do miasta, pozostawiając za sobą trupy drugorzędnych wojowników, kobiet i dzieci. - Teraz musimy tylko znaleźć świątynię. – oznajmił pędzący przed siebie Vail mając przy swoim boku Emilię. - Moja krew wrze. Oznacza to, że idziemy w dobrym kierunku. - Pamiętaj, że gdy dotrzemy na miejsce mamy przywołać jeszcze piątkę. - Taa... Nie lubię jej wiesz. Dołączyła do nas ledwie wczoraj i już została dowódczynią w co po prostu nie mogę uwierzyć. - Jesteś zazdrosna, bo to ona jest pierwszą elfką na pozycji dowódcy? – zapytał nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. - Zamknij się. – parsknęła chłodno i przyspieszyła. Nim dotarli w okolice świątyni swojego boga, ów dwójka szalała po drodze wycinając w pień pozostałą część społeczeństwa gigantów. Ich miejscem docelowym okazała się największa budowla w całym Bwarnhai – koloseum. Stojąc w jego centrum oboje szukali, czuli się przytłoczeni majestatem tego miejsca, jednak po świątyni nie było żadnego śladu. - Czyżby była pod ziemią? – zapytał wyraźnie sceptycznie nastawiony na kopanie. – Nie masz w zanadrzu elementu ziemi, prawda? - Nie mam, ale zawsze mogę zamienić wszystko w lity kamień. – oznajmiła wyraźnie zadowolona z możliwości użycia swojej zdolności, a po tym jak magiczne kręgi pojawiły się w jej dłoniach, fioletowy płomień ukazał się. – Oby nie była za głęboko. Następne kładąc obie dłonie na ziemi elfka skupiła się na swym płomieniu, a gdy ten rozszedł się błyskawicznie po całym koloseum, wszystko co się z nim zetknęło stawało się kamieniem. Świadkiem tej zdolności stało się też kilku olbrzymów, którzy widząc wcześniej Valiego i Emilię zabijających nieuzbrojoną część społeczeństwa, pobiegli za nimi z chęcią wymierzenia sprawiedliwości, lecz niestety skończyli jako kamienne posągi. - Jestem wyczerpana. – oznajmiła elfka, po tym jak wskutek zamiany wszystkiego wokół w kamień wykryła podziemne pomieszczenie. - Znalazłaś? - Tak. Świątynia Boga Krwi Khalitha jest pod nami. Teraz tylko czekać na naszego narwanego szefa, by mógł zniszczyć efekty mojej pracy. – rzekła do Valiego, ze wzrokiem przypominającym mu, że w tej chwili jest całkowicie nieprzydatny. - Ehh... Daj mi już spokój. – rzekł, po czym odrzucił broń, a następnie wyciągnął mały sztylet, którym pociął swe palce. – Skoro i tak mieliśmy przywołać piątkę, to może ona się tym zajmie. Vali rysując na kamieniu wielki krąg teleportacyjny z niesmakiem przypomniał sobie o prawej ręce piątki, gdyż szczerze go nienawidził.
  8. Wraz z mrugnięciem, ciała spod stóp Vaila zniknęły, natomiast te same osoby będąc całkowicie wyleczone pojawiły się przy martwym tuzinie olbrzymów, których głowy zostały oddzielone od ciała. - Idealnie zgranie, powtórzmy to. – oznajmił Vail, po czym jego towarzysze podbiegli i stanęli przed nim jak mur. – Zapraszam. „Używa iluzji do rozproszenia naszej uwagi, a potem jego towarzysze znajdując się w ukryciu atakują wspólnie. Wcześniej na polu bitwy byłem świadkiem czegoś podobnego. Niech to drań. Jak mam z nim walczyć?” – zastanawiając się nad sytuacją Keriegor, stał z tyłu i patrzył jak kolejni jego pobratymcy stają się ofiarami techniki Vaila. Bezwzględnie stosują tą technikę na swoich wrogach, giganci bez jakiejkolwiek szansy na odwet byli masakrowani. „Najpierw atakuje. Każde skierowane w jego kierunku cięcie, blokują otaczający go murem towarzysze. Natomiast gdy wszyscy zostają powaleni, głowy atakujących olbrzymów oddzielają się od ciała. Jak go pokonać?” – mogąc w tej chwili tylko rozgryźć technikę wroga, Keriegor coraz to bardziej wycofywał się przed wrogiem. Podczas gdy mężni wojownicy rzucali się do walki, w której z góry byli skazani na porażkę. Po tym jak kolejne kilka tuzinów padło od techniki Vaila, Keriegor w końcu coś dostrzegł, po czym gromadząc przy sobie kilku wygranych wojowników, objaśnił im swój plan. - Wszyscy wycofać się! – krzyknął stojąc na czele, piątki wojowników z nadzieją, że rozgryzł technikę wroga. - Ciągle chowałeś się za swoimi podkomendnymi, czyżbyś znalazł sposób na pokonanie mnie? – zapytał elf z tak spokojnym tonem, jakby się tego spodziewał. - Rozgryzłem tą twoją sztuczkę. Zobaczymy jak poradzisz sobie, gdy ją zniszczę. – rzekł Keriegor rzucając się w jego kierunku. Tak jak się spodziewał w momencie ataku został zasłoniony przez swojego towarzysza, który po rozcięciu na pół padł na ziemię. Regeneracja nie nastąpiła. Widząc to pozostała piątka wojowników ruszyła na Vaila w następnej kolejności pokonując jego kolejnych trzech towarzyszy, jednak atak nie skończył się na tym, gdyż nagły podmuch wiatru, w którego centrum znajdował się Keriegor rozszedł się po okolicy, nie dopuszczając do śmierci żadnego z olbrzymów. Podczas gdy ostatnia dwójka równolegle wymierzyła swoje oręże w Vaila. - I jak się teraz czujesz? – rzekł Keriegor wyraźnie pewny swojego zwycięstwa. - Rozumiem. Naprawdę to rozgryzłeś, jednak zrobiłeś jeden bardzo ważny błąd. – mówiąc to zniknął, a z szyi Keriegora wystrzelił strumień krwi. – Ciągle walczyliście z moją iluzją. – wyszeptał do ucha Keriegora stojąc mu na barku. Widząc to giganci natychmiast zaatakowali Vaila, który ranił Keriegora, jednak nim zdążyli się do niego zbliżyć ich głowy oddzieliły się od ciał. - Nie lubię walczyć w chaosie. Walka powinna mimo wszystko być kontrolowana. Tylko wtedy mogę cieszyć się pięknym zwycięstwem. – rzekł Vail, po czym jego ciało rozpłynęło się w powietrzu. W tym samym czasie... Grupa pod dowództwem Emilii nawiązała walkę ze starszymi, którzy pomimo swych wysokich zdolności i wsparcia doświadczonych wojowników polegli. Pokonani kosztem czwórki wojowników towarzyszących elfce, mogli tylko przeklinać swą słabość. - To było łatwe. Nawet nie musiałam iść na całość. – oznajmiła z niewinnym uśmiechem na ustach, patrząc na szalejący w jej lewej dłoni fioletowy płomień. – No trudno, miasto czeka. Nergo i Sartion pochłonięci całkowicie walką między sobą nie zwracali uwagi na to co się dzieje wokół nich. Skupiając się tylko na swoim przeciwniku wiedzieli, że zwycięstwo nie będzie łatwe. Zderzenia wzmocnionego elementem błyskawicy i powietrza oręża z dwoma trójzębami, tworzyły impulsy energii rozchodzące się po ziemi. - Nie spodziewałem się, że ktoś oprócz Ryuzamy będzie jeszcze dla mnie wyzwaniem. – wyszeptał, pod nosem po odskoczeniu od przeciwnika. - Uciekasz? – zapytał prowokująco zdyszany, jak i zszokowany własnymi zdolnościami Sartion. Wcześniej gdy oglądał walkę Nergo i Ryuzamy widział to jako starcie potworów, z którymi w walce czekała go tylko sromotna porażka. „Hehehe... Naprawdę jestem w stanie walczyć z nim na równi. Co się ze mną dzieje?” – myśląc w ten sposób, twarz Sartiona przyozdobił delikatny uśmiech. - Zaraz zetrę ci ten uśmieszek. – oznajmił starając się zachować spokój Nergo, po czym jego oczy zabłysły czerwienią. – Pozwól, że ci coś wyjaśnię. Pomimo iż jesteśmy berserkami i cieszymy się z walki, w której nic nas nie powstrzymuje, to tak naprawdę prawdziwymi berserkami są tylko dowódcy. – mówiąc to jego tkanka mięśniowa wyraźnie wzrosła. Widząc to Sartiona oblał zimny pot. Mimowolnie zrobił krok w tył nie spuszczając wroga z oczu. Aura Nergo dziko szalała rozrzucają w każdą stronę piach, wskutek czego szybko uformowała się zasłona pod postacią warstw szalejącego na wietrze piachu. Patrząc na to z paniką wymalowana na twarzy, Sartion po chwili uważnego patrzenia w kierunku swojego przeciwnika ujrzał czerwony błysk jego ślepi. W następnym momencie jego ciało było już w powietrzu, a zimna stal cięła go wzdłuż pleców. Krew wystrzeliła padając na Nergo niczym krwawy deszcz. Po upadku Sartion bezwładnie spojrzał na Nergo, czując się dość specyficznie. Nie mogąc określić co to w ogóle jest złapał oddech i zmusił swoje ciało do ruszenia się. Krew spływała po jego plecach w dużych ilościach, co skutkowało szybkim osłabieniem organizmu Sartiona. Jego wysuszone od ciepła pustyni łuski zaczęły tracić swą turkusową barwę, a jego rozmazany wzrok zatrzymał się na potrojonej w jego oczach postaci Nergo. - Doceniam twój upór. – rzekł Nergo przebijając klatkę piersiową syrena swym ostrzem. Ciało Sartiona bezwładnie padło nie wykazując żadnych funkcji życiowych. Nergo zdając sobie sprawę ze swojego zwycięstwa anulował stan berserka i ruszył w kierunku bramy miasta. - Stój. – głos niczym z innego świata, przeszył powietrze dochodząc do uszu berserka. Nie mogąc w to uwierzyć Nergo odwrócił się i ujrzawszy syrena stojącego w kałuży własnej krwi, która zaczęła wirować wokół jego ciała, mimowolnie wszedł w stan berserka wyczuwając zagrożenie. - Czym ty jesteś? – zapytał nie spuszczając wzroku z szalejącej wokół syrena krwi. - Ja... Je-jestem... Przy-przyjacielem Ryujiego. – wydusił z siebie z trudem. W jego dłoniach uformowały się trójzęby, które szybko zostały spowite krwią spływającą po jego plecach, która poruszała się jak żywa pod postacią przypominającą węże. Natomiast kałuża krwi pod jego stopami wrzała wskutek czego zaczęła parować, by następnie przejść przez kondensację. Krew w formie gazowej zaczęła powracać do swej pierwotnej płynnej formy w o wiele większych ilościach wskutek mimowolnego oddziaływania na ten proces energii duchowej Sartiona. Nie minęła nawet chwila, a ciało Sartiona wróciło do pierwotnego stanu. Rana na jego plecach została zasklepiona, a kałuża krwi pod jego stopami rosła do momentu wyczerpania się energii duchowej.
  9. Widząc nadchodzące z wielką prędkością wojska, wojownicy znając słabość swojego wroga ruszyli w ich kierunku z Sartionem, Keriegorem i całą ósemką starszych na przodzie. Przewaga liczebna wojsk gigantów sprawiła, że już w pierwszych momentach horda nieśmiertelnych została nie tylko zatrzymana przed szturmem, ale i zmuszona do wycofania się wraz z polegnięciem pierwszych berserków. Nergo dowodzący tą grupą ujrzawszy poległych poddanych, zacisnął ze wściekłości zęby, a jego ostrze zaczęło lśnić. Wojenne okrzyki i uderzenia stali o stal, szybko zagłuszył lament pierwszy pokonanych i szalony śmiech powracających do życia berserków. Pomimo, iż wojska gigantów zostały zapoznane ze sposobem na zabicie nieśmiertelnego, to w praktyce zniszczenie broni przez nich dzierżonych było nawet trudniejsze od zranienia władającego nią berserka. - Nie zatrzymywać się. Mamy przewagę liczebną. – krzyknął jeden ze starszych skupiając się na swoim przeciwniku. Szybko powstała sytuacja, gdzie to jeden berserk musiał samodzielnie sprostać w walce z minimum trzema przeciwnikami naraz. Jednak wśród berserków znalazło się kilku wojowników, którzy pomału zmieniali los początkowo skazanej na porażkę bitwę. Jednym z nich był oczywiście Nergo, który biegle posługując się swoimi zdolnościami, co chwilę pozbawiał jakiegoś olbrzyma życia. Jego niezachwiana postawa i szarża nie do zatrzymania sprawiała, że wielu wojowników kierujących w niego swą broń z góry zostali skazani na porażkę. Po niespełna godzinie zażartej walki na polu bitwy pozostali tylko najwytrwalsi. Straty po stronie nieśmiertelnych wynosiły ponad sześćdziesięciu berserków, podczas gdy giganci stracili blisko połowę żołnierzy z początkowej liczby przekraczającej trzysta. Poległymi wojownikami od gigantów byli między innymi osoby na szczycie poziomu mistrza i początku arcymistrza. Od samego początku zbierani do walki wojownicy gigantów mieli obowiązek być blisko stania się arcymistrzami, bowiem nikt przy zdrowych zmysłach nie posłałby wojowników z poziomem nowicjusza, bądź czeladnika do walki z nieśmiertelnymi potworami. Aktualnie na ziemi splamionej krwią gigantów i berserków stąpało już tylko dziesięciu berserków z Nergo na czele, którzy schowani pod iluzją zaczęli rozmowę. - Nie sądzisz, że to zabawne? Giganci, którzy od samego początku byli przez nas dominowani na polach bitew, teraz nie tylko stanęli z nami do otwartej walki, ale i pozbyli się większości z nas. Nergo, co masz zamiar z tym zrobić? – zapytał mroczny elf o fioletowych włosach, który wyglądał jak siedem nieszczęść przez swoją przypominającą szkielet wychudzoną sylwetkę. - Tss... Musimy ich po prostu zabić. – dodała blondwłosa elfka, w luźnych poszarpanych ubraniach koloru szarego patrząc na trzymany w swej dłoni oręż. - Vail, Emilia weźcie po czterech berserków i zaatakujcie z boków, ja zajmę się środkiem. To które z was jako pierwsze przebije się przez wrogich wojowników, wtargnie do miasta i tam wykorzystując przewagę terenu, zaczniecie siać chaos. – oznajmił Nergo, widząc jak olbrzymi korzystając z przerwy od walki zbierają rannych z pola bitwy. - Wiesz, że mogę utrzymać swoją iluzję na obszarze w zakresie dwustu metrów? – zapytał mroczny elf, z podłym uśmiechem. - Rozumiem. Chcesz na nich zaszarżować nie wychodząc z iluzji do ostatniej chwili. Genialny pomysł. – oznajmił gotowy do wznowienia bitwy Nergo. Tymczasem przy bramie... - Sądzisz, że wstrzymanie walki to dobry pomysł, Keriegor? – zapytał jeden ze starszych, którzy póki co wciąż nie zginęli. - Tak. Da to im chwilę wytchnienia, gdyż od samego początku walki zostali miło przez nas powitani, a tracąc większość swych sił kosztem naszej połowy, zapewne zastanawiają się nad wycofaniem. - Skoro atakują z trzech stron, to wątpię w to by się nagle wycofali. Zakładając, że ich planem było rozproszenie wojsk, to gdyby się wycofali moglibyśmy wysłać wsparcie na zachód, bądź południe. A oni z pewnością nie mogą nam na to pozwolić, dopóki ich oddziały nie wtargną do miasta, którego teren bardzo im sprzyja. – oznajmił w każdej chwili gotowy do walki Sartion. - W takim razie... - Aaa...! Nergo szarżując na wroga wychodząc spod iluzji rzucił się w kierunku gigantów i tańcząc swym mieczem w powietrzu sprawił, że głowy olbrzymów padały na ziemię jedna po drugiej. Podczas gdy z pozostałych dwóch stron grupy Vaila i Emilii zaczęły przebijać się w kierunku miasta. - Co się dzieje? – Keriegor był wyraźnie zdziwiony nagłym pojawieniem się nieśmiertelnych tak blisko bramy. - Atakują z trzech stron. – oznajmił Sartion, który wyglądał na wyraźnie zamyślonego. – Keriegor i wy. – rzekł ogarniając wszystkich wzrokiem. – Natychmiast zapanujcie nad tych chaosem i nie pozwólcie im wtargnąć do miasta, podczas gdy ja zajmę się ich liderem. Nie czekając nawet na odpowiedź Sartion ruszył w kierunku aury należącej do Nergo, który dzięki elementowi zaskoczenia wycinał olbrzymów w pień. *Szust Trójząb rzucony przez Sartiona trafił bezpośrednio w Nergo z siłą, która wyrzuciła go na kilkadziesiąt metrów w tył. - Że też zachowałeś swoją pozycję po przegranej z Ryujim. – rzekł Sartion prowokująco przywołując do swej prawej dłoni kolejny trójząb. - Pamiętam. Jesteś jednym z jego towarzyszy. – rzekł wyciągając wbity w jego tułów trójząb lewą ręką. - Coś jest nie tak. – wyszeptał pod nosem, widząc jak aura, którą wyczuwał nie pochodzi od Nergo, tylko jego broni. - Z przyjemnością pozbawię cię życia. – rzekł Nergo przed przystąpieniem do szarży, podczas której spowił swe ostrze energią błyskawicy i powietrza. Wraz z absurdalnie szybkim cięciem wymierzonym w głowę Sartiona uśmiechnął się będąc pewnym szybkiego zwycięstwa, jednak szok mimowolnie pojawił się na jego twarzy, gdy poczuł opór. - Co jest? – nie wierząc w to co widzi, natychmiast odskoczył. – Jakim cudem to zablokowałeś? Sartion słysząc to pytanie, spojrzał na trzymane w obu dłoniach trójzęby. Był to pierwszy raz kiedy udało mu się przywołać drugi bez zniszczenia, bądź utraty pierwszego. Jednak samo to, że zablokował coś czego nie widział wprawiło go w szok. „Co się ze mną dzieje?” – zapytał siebie w myślach, po czym spojrzał na swojego przeciwnika. - Nie odpowiadasz, co? – rzekł Nergo mierząc syrena wzrokiem, po czym nagle poruszył się w jego kierunku zwiększając swoją prędkość przy pomocy energii wiatru. - Jak okrutnie. – oznajmił Keriegor widząc mrocznego elfa, który zasłaniał nadchodzące w jego kierunku ataki ciałami swoich towarzyszy. - Chodźcie do mnie. Więcej. Więcej. – szeptał pod nosem Vail, patrząc jak coraz więcej wojowników go otacza. Jednak gdy nagle w jednej chwili głowy olbrzymów zaczęły oddzielać się od ciał, Keriegor nie mógł powstrzymać zdziwienia, jak i strachu z powodu niewiedzy. - Jak? – wyszeptał przez zaciśnięte zęby, widząc padających jak muchy towarzyszy broni.
  10. - Skoro już o północy mowa. To jestem pewny, że hordy nieśmiertelnych liczą co najmniej czterech dowódców. – oznajmił przypominając sobie wczorajszą walkę z Razshą, który tytułował się czwartym. - Czyli atak z północy nastąpi? – zapytał niepewny Kharr, który robił w tym momencie za głos pozostałej ósemki starszych. - Skoro horda nie została wykryta na północy, to zapewne została już pokonana. – rzekł przypominając sobie, że to właśnie prawdopodobnie w tym kierunku udał się Aorth. „Jestem otoczony przez wspaniałych towarzyszy.” – pomyślał z góry przypisując tą zasługę Aorthowi. - Skąd może mieć pewność? – zapytał z podejrzliwością Tayra. - Wczoraj, mój towarzysz opuścił miasto i udał się na północ. Czy to nie przypadek, że to właśnie z tej strony atak nie nadszedł? – rzekł Ryuji, przypominając sobie, że nie wspomniał o najważniejszym. – Okej to teraz słuchajcie uważnie, bo powiem wam jak jest słabość nieśmiertelnych. W tej chwili wszyscy zamilkli i z uwagą zaczęli słuchać słów Ryuzamy. - I na koniec rozłożenie sił względem potęgi atakujących oddziałów. – rzekł Kazama mając już może nie idealne, ale najlepiej jak tylko potrafił dobrane grupy. – Harr, Sedd zbierzcie wszystkich wojowników ze swych klanów i zabierzcie ze sobą Arię. Posiada ona technikę podobną do mojej, więc do walki z czarnymi rycerzami będzie idealna. W przypadku, gdy w miarę szybko uwiniecie się ze swoim wrogiem wyślijcie wsparcie na wschód. Sartion i Keriegor wasza dwójka uda się wraz ze starszymi na wschód. Do pomocy zbierzcie wszystkich dostępnych żołnierzy z całego miasta. Ja i Tayra udamy się na południe, gdyż tam znajduje się największy potwór z wśród tych nieśmiertelnych potworów. - Kharr zaczekaj. – rzekł Ryuji, gdy wszyscy zaczęli się już rozchodzić. – Jesteś w starszyźnie, więc masz pewnie dostęp do mikstur pomniejszających? Czyż nie? - Zrozumiałem. Natychmiast się po nie udam i przyniosę je pod południową bramę. - Okej Tayra. Chodźmy zobaczyć kto tak dzielnie chce przebić się przez południową bramę. Siedziba Klanu Saver - Dosyć spania. Szykuje się prawdziwa wojna, każdy kto w ciągu kwadransa nie będzie gotowy do walki zostanie wydziedziczony! – gdy tylko słowa Harra o wydziedziczeniu rozniosły się po całej rezydencji, każdy nie ważne czy przytomny, czy na wpółprzytomny zerwał się i przygotował w ciągu tych piętnastu minut. Sedd widząc w jaki podły sposób Harr mobilizuje swoich pijanych ludzi, również zastosował tą samą metodę i naprawdę w ciągu niecałych piętnastu minut zebrali wszystkim mężnych wojowników, w tym Arię, która spała sobie jak gdyby nigdy nic. - Wstawaj. Ryuzama chce być wspomogła nas w wojnie! – krzyknął Sedd, po czym na szybko wyjaśnił jej do czego doszło w koloseum, jednak ani słowa nie wspomniał o domniemanym wytępieniu północnego oblężenia przez Aortha. Gdy tylko wszyscy zebrali się na dziedzińcu została im na szybko wyjaśniona sytuacja i sposób na zabicie nieśmiertelnych, po czym oba klany ruszyły w kierunku zachodniej bramy. Miejskie Koszary Gdy tylko ośmiu z dziesięciu starszych pojawiło się na ich obszarze, wszyscy wojownicy tam stacjonujący od razu stanęli na nogi. - Cieszę się, że jesteście tacy energiczni, jednak jak pewnie słyszeliście, albo jeszcze nie w kierunku miasta kieruje się oblężenie, waszym zadaniem będzie obronić wschodnią bramę, więc przygotujcie jak najprędzej i wyczekujcie wojny, w której zdobędziecie chwałę z prawdziwego pola bitwy. – ów starszy, dzięki swojej charyzmie szybko poruszył do działania wszystkich wojowników zebranych w koszarach. Natomiast pozostała siódemka widząc chaos powstały z nagłego zerwania się do walki opuściła teren koszar i udała się po wojowników z mniejszych klanów, których obecność będzie nieocenionym wsparciem. W ciągu niespełna pół godziny ósemka starszych zebrała do walki dosłownie wszystkich dostępnych wojowników, jacy aktualnie przebywali w stolicy. Tych którzy początkowo byli niechętni do walki obiecali odpowiednią należność dla ich rodzin w przypadku ich śmierci, jak i nagrodę w przypadku, gdyby wrócili do domu cali i zdrowi. Udało im się nawet zmobilizować do działania ocalałych ze zniszczonych miast i wsi, którzy dla możliwości ustatkowania się w stolicy gotów byli iść i ponownie spojrzeć w oczy nieśmiertelnym. Po zebraniu wszystkich przed wschodnią bramą, starsi zapoznali wszystkich z wrogiem jak i przedstawili ich słabości. Południowa Brama - Szlag... – wyszeptał wyraźnie podenerwowany Ryuji wciąż czekając na swoje mikstury pomniejszające. - Aż tak denerwujesz się nadchodzącą walką? – zapytał Tayra, starając się mu dogryźć. - Po pierwsze pierwszy raz wysyłam prawdziwych istoty z krwi i kości na prawdziwą wojnę, a po drugie wciąż nie mam moich mikstur pomniejszających, a czuję, że przed tą walką po prostu muszę wrócić do pierwotnej postaci, bo będzie ze mną źle. - Jako Gigant jesteś prawdziwym potworem. Szczerze to ekscytuję się ujrzeniem cię w oryginalnej postaci, gdyż wtedy nie będziesz tak szybko tracił energii. – rzekł wiedząc to z własnego doświadczenia, bowiem jeśli olbrzym użyje mikstury pomniejszającej to jako skutek uboczny straci wiele na wytrzymałości, ze względu na nadmiar energii względem ciała. - Widzę, że znasz się na tym. – oznajmił i dokładnie w tym samym czasie poczuł jak w jego kierunku zbliża się absurdalnie przerażająca aura. - Nadchodzą. – Tayr też wyczuł zbliżających się wrogów, jednak jego reakcja odnośnie potwornej aury była zupełnie inna. – Najsilniejszy jest mój, ty zajmij się resztą dopóki nie wrócisz do pierwotnej formy. Tayr bez chwili zwłoki przyodział swoją czarną pełnopłytową zbroję z krwistoczerwonymi zdobieniami i dwa ostrza, które złożył w plus. - To jest twoja pozycja do ataku? – zapytał zdziwiony Kazama. - Nie ataku, tylko totalnego zniszczenia. – rzekłszy te słowa, wykonał pół obrót, a z jego oręży wystrzeliły dwie przecinające się krwistoczerwone fale uderzeniowe, które przywitały hordę nieśmiertelnych. - Ruszam przodem. – oznajmił Tayr zostawiając za sobą Kazamę, który wciąż czekał na swoje mikstury pomniejszające. Tayr niczym wiatr mknął w kierunku hordy nieśmiertelnych przeciwników, jednocześnie ignorując wszystkich, którzy nie zwrócili jego uwagi. Jedynym kogo przed sobą widział był krótko ścięty mężczyzna o czarnym włosach i o sylwetce atlety. Ubrany w czarne luźne spodnie i rozpięte w tułowi futro tego samego koloru. Aura wokół tego osobnika z bliska jeszcze bardziej różniła się od pozostałych berserków, a jego szkarłatne oczy wydawały się widzieć wszystko. Gdy tylko Tayr zbliżył się do niego wystarczająco wykonał poślizg, tworzą przy tym sporym rozmiarów piaskową falę pod swoimi stopami, z której wystrzelił w kierunku wroga jeden ze swoich oręży.
  11. Starszy słysząc o czterech czarnych rycerzach, którzy zniszczyli zachodnie miasto złapał się za głowę niedowierzając w to co właśnie usłyszał, po czym zakręciło mu się w głowie i padł. - To istny kryzys. – wydukał pod nosem, widząc jak biegnie w jego kierunku posłaniec z centrali. – Co tym razem? Bogowie dobijają się do naszym bram? – zażartował starając poprawić sobie humor. - Z południa, wschodu i zachodu z wielką prędkością zbliżają się w naszym kierunku hordy nieśmiertelnych. – oznajmił wyraźnie przerażony tym faktem. Starszy przybierając wyraz twarzy jak u zdechłej ryby odwrócił się i powolnym krokiem zaczął wracać do pozostałych, by poinformować ich o zbliżającej się klęsce. W tym samym czasie Harr i Sedd walcząc ramię w ramię, stawiali opór szaleńczym atakom Tayra, który mimo wszystko zdążył już udowodnić im swoją potęgę. - Coś nie za bardzo idzie wam nadążanie za mną. – oznajmił Tayra nie chowając swojej arogancji wobec Harra i Sedda. – Chyba pora to kończyć. - Zaprzestańcie tej błazenady!!! – krzyknął starszy podchodzą do Kazamy. – Właśnie przybyli ocalali z południa i zachodu, oraz wiadomość z centrali!!! Południowe i zachodnie miasto upadło, a w tej chwili w naszym kierunku zmierzając hordy nieśmiertelnych od strony południa, zachodu i wschodu!!! – wykrzyczał z całych sił, po czym padł na kolana. Starsi słysząc te słowa zamarli, a czarni rycerze natychmiast odwołali swe wyposażenia, tym samym zaprzestając walki między sobą i natychmiast wszyscy zebrali się w centrum koloseum. - To prawdziwe informacje? – zapytał jeden ze starszych, z nadzieją na usłyszenie, że to tylko głupi żart mający na celu powstrzymanie czarnych rycerzy od dalszej walki. - Niestety... – wydusił z opuszczoną głową. – To koniec dla stolicy. - Chyba, że przekażę wam informacje o nich, a tak się składa, że w tej chwili ich wartość wzrosła trzykrotnie. – oznajmił Kazama nie mając serca dla osób, które chciały wydusić z niego te informacje poprzez wrzucenie do lochu jego przyjaciół. W tym momencie Sartion pomimo iż był skrępowany to i tak podle uśmiechnął się, gdy tylko usłyszał nowe żądania Ryujiego. Keriegor natomiast nie wiedział czy ma się śmiać, czy może płakać ze względu na to jak potoczyły się losy dla jego rasy i samego Ryuzamy. - Zatłukę cię na śmierć i wyduszę z ciebie te informacje! – krzyknął Tayr, który z prędkością błyskawicy wbił Ryujiego w ścianę koloseum. – To jak zaczniesz gadać? – zapytał będąc w formie czarnego rycerz i okładając Ryujiego pięściami. Jednak ta sytuacja nie trwała długo, bowiem wraz z tym jak Kazama złapał dłoń Tayra, jego zbroja rozpłynęła się w powietrzu, a on sam uklęknął przed nim z połamaną prawą ręką. Lewa ręka Ryujiego od jakiegoś czasu była nieodwracalnie pokryta czarnym pancerzem, który nie tylko zapewniał naturalną ochronę, ale i niewyobrażalne zwiększenie siły dla ów kończyny. Jednakże ukryta mogła być tylko pod bandażami, bowiem nie ważne jak silną iluzję Kazama chciał nałożyć na ów rękę to ta w ogóle nie działała. Jego ręka to przekleństwo, a zarazem atut warty trzymania do samego końca, który w połączeniu wraz z Niszczycielem Zasad jest najlepszym możliwym połączeniem przeciwko czarnym rycerzom. - Masz mi coś do powiedzenia? – zapytał, jednocześnie pieszcząc Tayra błyskawicą. - Pierdol się. – wydusił z siebie opiekany władca państwa olbrzymów raz. - Masz mi coś do powiedzenia? – zapytał ponownie pieszcząc go błyskawicą. Ponadto używając na nim bezpośrednio Niszczyciela Zasad sprawił, iż wskutek wciąż negowanej energii Tayr nie był w stanie się ruszyć choćby o centymetr. - Pier... – nie mogąc nawet dokończyć obrazy, z jego ust wyciekł strumień krwi. - Naprawdę nie chcę cię zabijać, bo możesz mi się przydać na polu bitwy. – dodał Ryuji po raz kolejny pieszcząc go błyskawicą. – Chcesz jeszcze? - Ja... Ja... Przegrałem... – wydusił z siebie z trudem, a po jego polikach spłynęły łzy. W tym samym czasie Harr nie zważając na starszych pobiegł w kierunku Keriegora i Sartiona, po czym rozwiązał ich. Byli oni bowiem spętani liną negującą magię, którą nie ważne jak bardzo chcieliby zniszczyć to sami nie daliby rady. - Okej, jesteście wolni. - W końcu. – oznajmił zadowolony z odzyskania wolności Sartion. - Czego ja do cholery jestem świadkiem. – wyszeptał pod nosem Keriegor, widząc jak Tayr przyznaje się po porażki. - Bardzo dobrze. Lepiej byś pamiętał kto od teraz jest nowym patronem tego kraju. – rzekł Ryuji i niepostrzeżenie poczęstował Tayra esencją ze Zbroi Mrocznego Pana, dzięki czemu wszystkie jego obrażenia zaczęły regenerować się. - Prawdziwy cud. – oznajmił jeden ze starszych widząc jak Tayr pomimo okropnego stanu wraca do normy. Pozostali oprócz Sartion również byli zszokowani tym co właśnie dokonał Ryuzama, jednak ich podziw szybko został przerwany przez okrutny fakt nadchodzącej wojny. - Kto jest twym Panem? – zapytał Ryuji od razu, po tym jak Tayr wstał z kolan. - Ty... Ty jesteś. Pa... Panie Ryuzamo. – z trudem te słowa przeszły przez usta Tayra. - Z tym panem to żartowałem, jednak chcę być pewny, że nie jesteśmy już wrogami i oczywiście, po tym jak wygramy wojnę, wyciągnę z was tyle i tylko dam radę. – oznajmił z szyderczym uśmieszkiem, po czym spoważniał i gestem dłoni zaprosił do siebie Keriegora z Sartionem. - Okej. Zapoznaj nas jeszcze raz z tym czego się dowiedziałeś. – rzekł Ryuji wskazując palcem na starszego, który poinformował ich o nadchodzącym ataku i upadku miast. - Z południa i wschodu jesteśmy atakowani przez hordy nieśmiertelnych, natomiast z zachodu przez Drugiego Dowódcę, który ma na swoje rozkazy czwórkę czarnych rycerzy. – oznajmił na jednym wdechu. - Rozumiem... W jakiej kolejności upadały miasta? – zapytał czując, że w ten sposób może poznać w jaki sposób zostały rozmieszone siły wroga. - Najpierw padło miasto północne, potem wschodnie, a dzisiaj jak to już Kharr powiedział południowe i zachodnie. – oznajmił Tayra. - Rozumiem. – Kazama natychmiastowo zaczął analizować to w jaki sposób mogły poruszać się wojska wroga. - Prawdopodobnie horda, która zniszczyła wschodnie i południowe miasto to ta sama. A skoro teraz kieruje się na nas od południa to zakładam, że jest najsilniejsza. - Co w takim razie robimy? - Harr i Sedd zapytali dokładnie w tym samym czasie. - I co z północą? Czyżby atak z tej strony był opóźniony? – zapytał Tayra, któremu coś nie pasowało w rozłożeniu siły hordy.
  12. Podczas uczty członkowie zarówno klanu Quando jak i Saver początkowo byli niechętni do wspólnej zabawy, jednak wraz z mijanym czasem zaczęli coś ze sobą gadać, potem razem pić. Im bardziej zbliżał się ranek, tym lepiej się dogadywali. Gdy tylko przyszła pora Kazama wstał od stołu, przy którym przez całą noc usługiwało mu kilka uroczych kobiet, jednak na żadną się nie skusił, a następnie udał się po dwójkę czarnych rycerzy, którzy byli mu niezbędni. Na szczęścia obu znalazł na zewnątrz rozmawiających między sobą. - Nie spodziewałem się, że naprawdę nie tkniecie alkoholu i tak łatwo się dogadacie. – oznajmił Ryuji widząc w nich dobrych przyjaciół. - Przez tyle lat rywalizacji, walczyliśmy między sobą i znamy się jak ślepe hieny pustynne. – rzekł Sedd. - Wybacz, ale w ogóle nie rozumiem sensu tej przenośni, lecz wiem o co ci chodzi. - To co idziemy? Harr zapoznał mnie już z sytuacją i z przyjemnością dołączę do ciebie by utrzeć nosa Tayrowi. – oznajmił widocznie zadowolony Sedd. Następnie niezwłocznie opuścili ziemie klanu Saver i udali się wprost do koloseum, gdzie co roku miało miejsce wydarzenie zwane „Czarną selekcją”, która polegała na walce pomiędzy chętnymi do zostania czarnym rycerzem. Jednakże ze względu na to, że aby nim zostać trzeba było po wygraniu turnieju przyswoić sobie sekwencję „Wzmocnienie ciała: Czarny Rycerz”, która nie jest kompatybilna z każdym olbrzymem, jest tak mało czarnych rycerzy. Aktualnie jedynym czarnym rycerzem nowej generacji jest nikt inny jak lider rady, najsilniejszy wojownik, a zarazem władca Zethe – Tayr. Natomiast ze starszej generacji pozostali tylko Sedd i Harr. Cała trójka dotarła do koloseum równo o brzasku, a na miejscu czekali już na nich starsi wraz z więźniami i oczywiście samym Tayrem. - Zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałem się po tobie rozmiaru gigantów, a do tego sprowadziłeś ze sobą czarnych rycerzy starej generacji, samego Sedda din Savera i Harra din Quando. Czy wasze klany jak i wy sami nie jesteście rywalami? – Tayr wyraźnie czuł się zaskoczony we wszystkim co właśnie ujrzał przed sobą. - Dawne dzieje. Od kilku godzin jesteśmy sojusznikami pod dowództwem Ryuzamy. – rzekł Harr przenikliwe patrząc na Tayra. - Czyżby wasza obecność tu oznaczała, że chcecie przejąć władzę w naszym kraju? – zapytał jeden ze starszych będąc wyraźnie podejrzliwym wobec tej współpracy. - Przejąć władzę? W sumie czemu nie. – rzekł Ryuji mierząc wzrokiem wszystkich starszych jednego po drugim. – Aktualnie stosunek sił jest w miarę zrównoważony, więc warto spróbować. – oznajmił z pełną powagą. – Jednak wystarczy, że oddacie mi moich przyjaciół, a obejdzie się bez rozlewu krwi. Harr i Sedd słysząc słowa Ryuzamy wyraźnie osłupieli, bowiem nie wspomniał on nic o przejęciu władzy, a jedynie odzyskaniu przyjaciół. Jednak z drugiej strony nie mieli nic przeciwko takiej walce o władzę. - Oddamy. Jednak dopiero po tym jak uzyskamy informacje odnośnie naszego wroga. Hord nieśmiertelnych. – rzekł stanowczo Tayr. - Wysłałem do was mojego przyjaciela by wam je przekazał, a wy zamiast tego uwięźliście go, by mnie tutaj sprowadzić. Czyż to nie mija się z tym co chcecie ode mnie? – rzekł Ryuji, który nie miał zamiaru zostać wykorzystanym w tej transakcji. - Czyli nie wiesz, że twój „przyjaciel” jak to go nazwałeś, odmówił nam przekazania informacji? – zapytał strzelając palcami u rąk, gdyż zaczął się powoli niecierpliwić. - Sartion, jak do tego doszło?! – krzyknął w jego kierunku wyraźnie zdziwiony jego postępowaniem. - Nie pozwolę sobie by takie śmiecie wydawały mi rozkazy. – Sartion nawet na chwilę nie zawahał się obrazić osób, które go złapały i spętały. – Z tego też powodu odmówiłem przekazania im informacji. - Rozumiem. – rzekł Ryuji zdając sobie sprawę z jego królewskiego pochodzenia, a co za tym idzie dumy, jaką przy tym posiadał. – Jak widzicie to wy jesteście temu winni, więc dam wam trzy bardzo proste opcje. Pierwsza to polega na tym, że oddasz mi moich przyjaciół i rozejdziemy się, druga bardziej nieprzyjemna polega na tym, że mi odmawiasz, a ja wskutek tego wraz z Harrem i Seddem przejmiemy władzę w tym kraju. Trzecia opcja w niczym nie gorsza od dwóch pozostałych polega na tym, że wypuścisz moich przyjaciół, a w zamian za informacje o hordach nieśmiertelnych zaoferujesz mi coś. To jak? - Mam tylko jedno pytanie. – rzekł jeden ze starszych. – Dlaczego służycie Ryuzamie? Czyżbyście straci swą dumę wojowników? - Nic z tych rzeczy. Zostaliśmy przez niego pokonani w odwołaniu o tradycję „Walki o władzę”. –oznajmił Sedd. - W takim razie jestem za opcją trzecią. – rzekł, a po wymianie zdań pomiędzy pozostałymi wszyscy oprócz Tyra, poparli go. - Wy zdrajcy to ja tu rządzę. Zapomnieliście kto jest najsilniejszym wojownikiem tego kraju?! Jeśli nie, to zaraz wam pokażę! – krzyknął przywołując dwa czarne ostrza oraz pełno płytową czarną zbroję z krwistoczerwonymi zdobieniami. - Ohoho, a więc to jest potęga najpotężniejszego wojownika naszego kraju. – rzekł z podekscytowaniem Harr, po czym wraz z Seddem przywołali swoje pełne wyposażenie czarnych rycerzy. - Pożałujecie tego! – wraz ze swym krzykiem, pojawił się przed Ryujim i czarnymi rycerzami, atakując ich krzyżowym cięciem, które cięło powietrze i rozstąpiło ziemię. – Jak śmiecie mi się sprzeciwiać! – krzyknął po raz kolejny, a krwistoczerwone zdobienia na jego zbroi eksplodowały energią, które następnie zaczęły owijać się wokół całego ciała Tayra. - Przepraszam, że tak nagle! – krzyknął sponiewierany olbrzym wbiegając do koloseum, po czym na dzień dobry został uderzony potężną falą uderzeniową, która sprawiła, że całe koloseum zadrżało, a on sam poleciał na kilkadziesiąt metrów w tył. Jeden ze starszych szybko zbliżył się do chłopaka by zabrać go z tego pola bitwy, jednak ten nie zważał na to, pomimo iż kolejne rany pojawiły się na jego ciele. - Południowe miasto upadło w środku noc w skutek ataku hord nieśmiertelnych. – słowa wypowiedziane przez chłopaka sprawiły, iż starszy pod wpływem szoku zrobił kilka kroków w tył. - Niemożliwe. – wyszeptał pod nosem, a jego oczom ukazał się w oddali kolejny wojownik, którego rozpoznał po resztkach ze czegoś co kiedyś było zbroją. - Zachodnie miasto zostało doszczętnie zniszczone przez... - Wyduś to z siebie. – rzekł starszy będąc o krok od zawału. - Przez czterech czarnych rycerzy, którzy walczyli u boku kobiety, która przed atakiem przedstawiła się władzom miasta jako Drugi Dowódca Hordy Nieśmiertelnych.
  13. - Chyba trochę przesadzacie. Nie zamierzam walczyć z wami wszystkimi, bowiem wyzywam waszego przywódcę na „Walkę o władzę”. – oznajmił Ryuji, który po dowiedzeniu się o „Walce o władzę” w jednej z książek w siedzibie Quando miał zamiar jeszcze bardziej ułatwić sobie podbijanie klanu Saver. - Od jak dawna nie słyszałem o tej tradycji? – oznajmił staruszek, która wraz z wyraźnie młodszym od siebie olbrzymem pojawił się w drzwiach budynku. – Mój ukochany synu, wiem, że dopiero co kilka godzin temu przekazałem ci pozycję lidera i walka z nim jest twoim obowiązkiem, jednak mimo to proszę cię, byś wybrał mnie jako swojego przedstawiciela. - Nie trzeba ojcze. Sam to zrobię. – rzekł mierząc Ryujiego wzrokiem. - Czy mogę wiedzieć kim jest twój przyjaciel mój drogi Harrze? – oznajmił do niedawna jeszcze lider klanu. - To jest nowy przywódca mojego klanu, gdyż tak się składa, że zostałem przez niego pokonany kilka godzin temu. – Harr oznajmił o tym z dumą. - Interesujące. Czyżbyś zwapniał do reszty? - Śmiej się, śmiej. Zaraz będziesz płakał za swoją głupotę. - Zobaczymy. „No nie mogę to będzie jeszcze łatwiejsze. Dostałem żółtodzioba z poziomem mocy nędznego mistrza.” – pomyślał Kazama, pokazując w kierunku tłumu jeden palec wskazujący. – Pokonam waszego nowego lidera jednym ciosem. Słysząc taką niedorzeczność od nikomu nieznanego wojownika, większość wybuchła śmiechem, nawet po tym jak wyraźnie słyszała, że pokonał Harr. Dla nich było to po prostu nie do przyjęcia, by w tym mieście żył ktoś na poziomie tej dwójki nie licząc władcy tego państwa. - A to ciekawe. – skomentował tylko ojciec żółtodzioba, który dobył swe czarne ostrze stojąc naprzeciw Ryujiego. - Skoro teraz tak przepięknie się śmiejecie, to zaraz sprawię, że się zesracie. – oznajmił Ryuji z lekkim uśmiechem na twarzy, po czym spojrzał na swojego przeciwnika. – Atakujesz czy mam ci wysłać specjalne zaproszenie? - Czekam, aż dobędziesz broń. – oznajmił z całkowitą powagą. - Chyba cię pojebało. Nie potrzebuje broni na takich jak ty. – wraz z tym tekstem, członkowie klanu Saver zaczęli rzucać w kierunku Ryujiego wyzwiskami i groźbami. – Atakuj. – Kazama pospieszył dzieciaka, gdyż jak najszybciej chciał skończyć tą farsę. Chłopak trzymając czarne ostrze w obu dłoniach, zaszarżował w kierunku swojego przeciwnika, jednak gdy tylko ich oczy się spotkały, odruchowo odskoczył. „Co... Co to było?” – zadając sobie w myślach to pytanie, spojrzał jeszcze raz w kierunku swojego oponenta i poprawił swój uchwyt, po czym wmawiając sobie, że tylko mu się wydawało, zaatakował. „Żałosne... Wysłałem w jego kierunku odrobinę energii duchowej w celu wystraszenia go, jednak zadziałało lepiej niż się tego spodziewałem.” – po skomentowaniu reakcji swojego przeciwnika, Kazama ruszył w jego kierunku spokojnym truchtem, jednocześnie włączając Niszczyciela Zasad i pokrywając prawą dłoń żywiołem błyskawicy i powietrza. Gdy tylko znaleźli się od siebie w odległości dziesięciu metrów, chłopak wykonał zamach w kierunku Kazamy, który od niechcenia sparował atak lewą ręką. Chłopak widząc ten absurdalny ruch, natychmiast pokrył swoje ciało czarną zbroją, jednak prawa pięść Ryujiego nie zatrzymała się i uderzyła bezpośrednio w tułów chłopaka. Wraz ze zniknięciem czarnej zbroi uderzenie elementem powietrza jak i błyskawicy w połączeniu z siłą uderzenia odrzuciło chłopaka z absurdalną siłą, w kierunku drzwi, gdzie stał jego ojciec, w którego to ramiona wpadł nieprzytomny. - Niezły chwyt. – rzekł Ryuji, patrząc z pogardą na wszystkich, którzy jeszcze przed chwilą go wyśmiewali. Oni natomiast z szokiem patrzyli na to co się właśnie stało i pomimo, że widzieli wszystko dokładnie to nadal nie mogli uwierzyć w to, iż im się to nie przyśniło. - A więc zgodnie z zasadami „Walki o władzę” wygrałem i od teraz jestem przywódcą klanu Saver. – oznajmił Ryuji wciąż szczerząc się w kierunku niedowierzających olbrzymów. – Jednakże skoro mój przeciwnik jest nieprzytomny to nie ma kto mi jej przekazać. Oh... cóż za niesubordynacja i ignorowanie tradycji. - Nie musisz się z nas nabijać. – rzekł z pokorą ojciec pokonanego, po czym ułożył go na podłodze i podszedł do Ryujiego, po czym klęknął. – Ja, Sedd din Saver, jako ojciec lidera naszego klanu w jego imieniu ofiaruję ci ciało, stal oraz lojalność, aż do śmierci. Ciało w tej przysiędze symbolizuje cały klan. Stal gotowość do walki w każdej chwili, a lojalność walkę u boku swojego nowego przywódcy, aż do śmierci. Wcześniej Harr złożył tą samą przysięgę, po tym jak został pokonany pomimo, iż nie został oficjalnie wezwany do „Walki o władzę”. - Idealnie. – rzekł Ryuji klaszcząc jednokrotnie dłońmi. – Od teraz wracasz na pozycję lidera klanu Saver zamiast swojego słabego syna, jednak najwyższą władzę mimo wszystko sprawuję ja, więc nie zapominaj o tym. - Zrozumiałem. - Nie płaczesz? – zapytał Harr, który wyraźnie był zadowolony widząc swojego rywala oddającego cześć Ryuzamie. - Zamilcz, bo zabiję. – rzekł Sedd zaciskając pięści. - Ej, ej, ej. Bez takich mi tu, od teraz jesteście jedną rodziną, jednak do szczegółów przejdziemy później. – oznajmił Kazama widząc agresywne podejście Sedda, do Harra. – Seddzie, oczekuję od ciebie, że zorganizujesz ucztę by uczcić tą wiekopomną chwilę połączenia waszych klanów, pod moim dowodzeniem. - Zrozumiałem, a teraz za przeproszeniem. – rzekł, po czym skierował się ku do środka. W tym samym momencie do dziedziniec klanu Saver wbiegł jeden z członków klanu Quando, który został przydzielony do poszukiwania informacji o Aorthcie. - Aorth został rozpoznany przez handlarza powozami przy północnej bramie, gdyż zakupił u niego jeden. Ponadto wspomniał o tym, że Aorth bardzo się spieszył. – Aria słysząc te słowa trochę się uspokoiła, jednak tylko trochę, gdyż nie mogła przestać się niepokoić dopóki nie ujrzy ukochanego zdrowego. - Rozumiem. W takim razie oto twoje kolejne zadanie. – rzekł Harr z powagą. – Sprowadź wszystkich z naszego klanu. Mamy ucztę z okazji zjednoczenia naszych klanów. – mówiąc to wprowadził swojego pobratymca w niemałe zmieszanie, jednak ten po chwili otrząsnął się i pobiegł po resztę. - Właśnie, pójdź za Seddem i powiedz, że nie ma prawa tknąć alkoholu, przed brzaskiem oboje pójdziecie ze mną do koloseum. – rzekł Ryuji, a gdy tylko Harr go opuścił, został sam na sam z Arią. – Wszystko pięknie się układa i wiemy gdzie udał się Aorth, lecz nie wiemy z jakiego powodu. Masz jakiś pomysł? - Niestety nie, ale jeśli okaże się, że nie miał żadnego ważnego powodu to lepiej byśmy za szybko się nie spotkali. – oznajmiła wyraźnie wściekła na Aortha.
  14. Pozbawiony głowy Razsha, padł bezwładnie na pokrytą krwią ziemię, zadziwiając wszystkich oglądających tą walkę nieśmiertelnych. - On... On zabił dowódcę! – krzyknął ktoś z tłumu. - Nieźle, jednak tylko na chwilę. – rzekła kobieta, której ciało było zdobione niebieskimi znamioniami, po czym skoczyła w kierunku broni Razshy. - A ty co próbujesz zrobić? – oznajmił Aorth wbijając sobie ostrze w prawe udo. W skutek swoich działań ów rana pojawiła się na nodze kobiety, która po chwili straciła głowę bez jego osobistej interwencji, a broń należące do niej i Rashy została złamana w pół. Była to oczywiście sprawka Aortha, który po aktywacji czwartego czarnego sakramentu zyskał niewidzialnego klona. - Hahahahaa... – mroczny elf zaśmiał się złowieszczo patrząc na dwójkę martwych berserków. – Co się tak patrzycie, jakbyście zobaczyli ducha. Nie ma się czego bać, zaraz spotka was to samo. – wypowiadając te słowa Aorth ruszył w kierunku tłumu berserków, którzy nie mogli pojąc tego co się właśnie stało. Jednak berserkowie, którzy zostali wybrani jako pierwszy cel Aortha natychmiast zareagowali na jego atak, tym samym przedziurawiając jego ciało swoimi broniami. Szkoda tylko, że dzięki trzeciemu sakramentowi wszystkie obrażenia wróciły do atakujących, którzy wskutek nagłego bólu upuścili swe bronie, a następnie stracili głowy od jednego cięcia. Nim Aorth zdążył wyciągnąć dłoń w kierunku ich broni, kilka magicznych ataków z każdego żywiołu zostało wystrzelone w jego kierunku, jednak nic go nie dosięgło ze względu na niewidzialnego klona, który rozproszył je wszystkie. - Zacznijmy zabawę! – wykrzyczał wyraźnie spragniony krwi Aorth, po czym zniszczył bronie swych ofiar i rzucił się w wir walki. Widząc przed sobą potwora, który jest nie do zatrzymania część berserków rzuciła się do ucieczki, jednak ósemka będąca mrocznymi elfami doskonale wiedziała jak walczyć z Aorthem, a gdy tylko na myśl im przyszło przyniesienie jego głowy i otrzymaniu awansu na dowódcę bez krzty strachu rzucili się w jego kierunku, aktywując czarny sakramentu jeden po drugim. Po niecałej godzinie walki Aorth otoczony ciałami swych wrogów biegał po nich wzrokiem bez krzty emocji. - Hyhyhy... Wygrałem. – wydusił z siebie po anulowaniu sakramentów, po czym bezwładnie padł na szkarłatną od krwi berserków ziemię. Siedziba Klanu Quando Po tym jak Harr wrócił z budynku rady, przekazał Ryuzamie wszystko czego się dowiedział, a sytuacja wyglądała dość nieciekawie. Keriegor wraz z Sartionem zostali wrzuceni do lochu, a jedynym sposobem jaki starszyzna podała, aby ich wydostać to: Ryuzama ma się pokazać w koloseum wraz z brzaskiem w przeciwnym wypadku jego towarzysze zostaną pozbawieni życia, od razu po tym jak przeżyją prawdziwe piekło na ziemi. - Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Bardziej sądziłem, że będę musiał przeprowadzić infiltrację lochu i wyciągnąć stamtąd Sartion własnoręcznie, a gdy czarny rycerz stanie mi na drodze to będę zmuszony go wyeliminować. – rzekł dość spokojnym tonem Kazama, po czym wgryzł się w soczysty filet z króla głębin. - Jesteś dość spokojny. – Harr powiedział co myślał, jednak Ryuji tylko spojrzał na niego kątem oka. - Bo wiem jak to rozwiązać. – odpowiedział po chwili ciszy, po czym wrócił do swojego posiłku. W ten oto sposób spędził kolejne kilka godzin, aż do momentu, w którym słońce schowało się za horyzontem. - Gdzie jest Ryuji?! – krzyknęła Aria stojąc przed bramą siedziby klanu w kierunku Harra, który na jej szczęście poznał ją jako towarzyszkę Ryuzamy. - Śpi w swojej komnacie. – oznajmił jak gdyby to było czymś normalnym. - Śpi?! Już ja mu dam! Czy on w ogóle orientuje się w aktualnej sytuacji?! – Aria nie mogąc już trzymać emocji na wodzy wybuchła z powodu beztroski Kazamy. – Zaprowadź mnie do niego, mamy sobie do pogadania! – rozkazała, nie mogąc go w ogóle wykryć. Harr jako jej przewodnik po siedzibie zaprowadził ją wprost do Ryuzamy, który jak się okazało już nie spał. - O, cześć Aria. Co ty tutaj robisz? – zapytał doskonale zdając sobie sprawę, że jest z jakiegoś powodu wściekła. - Co tutaj robię? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego co się stało z Sartionem i Aorthem?! – wyrzuciła Aria, która w swej prawej dłoni zaczęła formować ostrze. - Sartion siedzi w lochu, jednak nie mam pojęcia co z Aorthem. – oznajmił bez większego zmartwienia. - I właśnie w tym problem! Aorth zaginął, a Sartion jest w lochu, więc co masz zamiar z tym zrobić? – zapytała celując w niego ostrzem. - Najpierw zdobędę władzę nad klanem Saver, a potem mając dwójkę czarnych rycerzy przy sobie pójdę odzyskać Sartiona. Niestety, aby zrobić coś w sprawie Aortha muszę najpierw wiedzieć co się stało. – rzekł po czym spojrzał na Harra. – Wyślij tylu ilu tylko możesz ludzi by się czegoś dowiedzieli o moim towarzyszu. Słowa Ryujiego były dla niego jak rozkaz, który od razu postanowił wypełnić, dlatego też od razu opuścił jego komnatę. - Nie powinnaś tak się o niego martwić, wierzę w jego siłę. – Kazama wyraźnie starał się tymi słowami pocieszyć Arię, jednak w ogóle to nie pomogło. - Nawet jeśli tak mówisz, to i tak się będę się o niego martwić. - To może coś zjesz nim wyruszymy? Będzie z tym trochę roboty, a Aorthowi jak już powiedziałem z pewnością nic nie grozi. Nim minął kwadrans Aria, Ryuji i Harr spotkali się w jadalni skąd następnie wyruszyli do siedziby klanu Saver, który to znajdował się na drugim końcu miasta. Będąc wypoczętym po dobrym śnie jak i jedzeniu, część energii Ryujiego odnowiła się, jednak wciąż nie przekraczała połowy jego normy. On natomiast dobrze zdając sobie z tego sprawę, nawet w takim stanie nie obawiał się walki z kolejnym czarnym rycerzem, bowiem po pokonaniu Harra, odkrył sposób na zyskanie znacznej przewagi na swoim wrogiem. Siedziba Klanu Saver Wraz z hukiem, który rozbrzmiał na dziedzińcu brama siedziby klanu Saver została doszczętnie zniszczona przez Ryujiego, który już miał na swoim koncie czwórkę pokonanych przeciwników. - Co za słabeusze. – oznajmił patrząc na olbrzymów, którzy stracili przytomność pomimo iż nie pokonał ich osobiście. W zasadzie Kazama nawet ich nie dotknął. - To po prostu ty jesteś za silny. – rzekł Harr, który nie wiedział jak inaczej mógłby to skomentować. - Witajcie, przybyłem skopać dupę przywódcy waszego klanu! – krzyknął Ryuji zwracając na siebie uwagę wszystkich okolicznych członków Saver, którzy mierzyli go wzrokiem dobywając swe bronie.
  15. Wraz z szybkim jak błyskawica cięciem, które przecięło trójkę nieśmiertelnych w pół wraz z broniami, Aorth dostrzegł, że nic się z nimi nie dzieje. Żadnej regeneracji, czy choćby słowa o tym, że ich to wcale nie bolało. Oznaczało to tylko, że domysły Ryujiego były prawidłowe. Jednak nagłe zniknięcie aur trójki z berserków, zwróciło uwagę Razsha, który nigdy by się nie spodziewał, że jednego dnia może stracić tak wiele poddanych. - Kto śmie sobie ze mnie kpić!!! – krzyknął gniewnie kierując swój wzrok w kierunku, z którego zanikły trzy aury należące do berserków. – Wycofujemy się. Priorytetem jest zabić tamto elfie ścierwo, które myśli, że można bezkarnie pozbawiać nas życia! Wraz z jego krzykiem wszyscy otaczający go berserkowie ruszyli wraz z nim w kierunku Aortha, którego aura mimo wszystko była dla nich niewidoczna. „Nawet jeśli zauważyli, że ich towarzysze zginęli to powrót chwilę im zajmie.” – zastanawiając się przez chwilę nad swoją sytuację, Aorth postanowił ponownie zmienić trasę swojej podróży. Niestety na jego nieszczęście, wśród berserków znajdowali się typy wojowników specjalizujących się w szybkości, przez co bez problemu dogonili Aortha. - Niech to szlag. – wyszeptał pod nosem mroczny elf, widząc piątkę berserków stojących mu na drodze oraz wyczuwając zbliżającą się do niego hordę. – Nie ma mowy bym w aktualnym stanie podołał takiej ilości wrogom. – parsknął pod nosem, a następnie tworząc w swym dłoniach dwa ostrza z mroku zaszarżował na piątkę berserków przed nim stojących. - Żałosne. – krzyknął bez zawahania największy narwaniec z grupy, po czym wbił się bezpośrednio w ofensywę Aortha, tym samym uderzając go gołą dłonią w brzuch. Skuteczność tego ataku odrzuciła mrocznego elfa o kilkanaście metrów, jednocześnie zabierając mu dech w piersiach. „Niech to szlag.” – pomyślał Aorth nie spodziewając się tak otwartego ataku. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że przecież walczy z nieśmiertelnymi, którzy jednak potrafią użyć głowy, bowiem atakując go nie dobył swej broni. - Czemu on jeszcze żyje? – zapytał Razsha przeszywając swym morderczym spojrzeniem berserków, którzy powinni go dawno zabić. - M-my ten tego... Już to robimy. – oznajmił dokładnie ten sam, co skutecznie uderzył Aortha. Pozostała czwórka natomiast nie odezwała się nawet słowem. - Nieważne. Teraz osobiście się z nim zabawię. – wraz z tymi słowami berserkowie pod jego komendą rozbiegli się tworząc wielki okrąg. – Dzięki temu nie uciekniesz, a teraz pokaż co żeś takiego zrobił, co posłało trójkę moich braci do piachu. „Heh? Serio? Ten orczy móżdżek nie zna własnej słabości? A może zna, tylko do głowy mu nie przyszło, że ktokolwiek jest w stanie poznać ten mały sekret? Bardzo dobrze wykorzystam to by zabić go szybko. Jednak w tym celu potrzebuje więcej mocy.” - rozmyślając doszedł do oczywistego wniosku, wraz z którym bez wahania aktywował zakazaną technikę. "Czarny Sakrament: Uwolnienie" Dzięki tylko pierwszemu sakramentowi moc Aortha znacząco wzrosła co wzbudziło ciekawość w Razshie, który dobył swej broni i zaatakował. Aorth jednak dzięki wzmocnieniu się bez problemu był w stanie dostrzec atak orka i od razu postanowił go skontrować, a następnie pozbawić swojego wroga głowy. Niestety wraz ze zderzeniem się ich oręży, ten należący do Razsha zmienił swój stan skupienia i wrząca stal rozprysła się po całym ciele mrocznego elfa. - Aaa...!– nie mogąc zapanować nad bólem krzyknął, tym samym odsłaniając się na kolejną porcję wrzącej stali. Trafiając go bezpośrednio w twarz, Aorth w nienaturalny sposób wygiął swe ciało starając się walczyć z bólem, jednak było to daremne. - Żałosne, a jednak jesteś tylko robakiem. – rzekł arogancko Razsha utwardzając formę swojego ostrza i celując w klatkę piersiową mrocznego elfa. "Czarny Sakrament: Szał" Gdy ostrze tylko przebiło jego klatkę piersiową, Aorth odskoczył na bok, co jeszcze bardziej zwiększyło jego obrażenia, a w skutek działania drugiego sakramentu zyskał kolejny zastrzyk mocy i niewrażliwość na obrażenia, które natychmiast wykorzystał by bez zawahania odciąć sobie prawą rękę. "Czarny Sakrament: Zemsta" W jednej chwili wszystkie obrażenia przyjęte przez Aortha zniknęły i pojawiły się na ciele orka, tym samym pozbawiając go dłoni trzymającej ostrze. Korzystając ze stworzonej przez siebie okazji posłał w kierunku dłoni falę uderzeniową z mroku, która w ostatniej chwili została zdmuchnięta przy pomocy wielkiej kuli ognia wykonanej przez orka. - To było niezłe. – rzekł Razsha wychodząc ze własnych płomieni i przekładając swą broń z lewej do prawej dłoni. – Nigdy bym się nie spodziewał, że takie chuchro będzie tak blisko zabicia mnie. Widząc sceną, która dopiero co miała miejsce, otaczający tą dwójkę berserkowie wstrzymali oddech z powodu zadziwiających zdolności mrocznego elfa. Żeby jednego dnia trafić na potwory, które potrafił ich zabić. Horda pod dowództwem Razsha naprawdę miała pecha. - Ale nie wystarczające z tego co widzę. – rzekł Aorth, mając w pogotowiu czwarty i ostatni sakrament na jaki tak naprawdę może sobie pozwolić. Jest tak z powodu tego, iż "Czarny Sakrament: Wiązanie", który jest piątym zapieczętuje nieodwracalnie pierwsze cztery. Sattosh podczas walki z Ryujim posunął się do aktywacji całej siódemki, jednakże został od nich uwolniony dzięki unikatowej sekwencji Arii. Aorth niestety nie miał takiej sposobności by zostać przez nią uratowanym, dlatego przed użyciem pierwszego sakramentu obiecał sobie, że aktywuje tylko cztery. Oczywiście istnieje też skutek uboczny używania czarnego sakramentu, jednak przed użyciem piątego nie jest on taki straszny, gdyż zostawia tylko szramy na psychice używającego. - Przez ciebie mój oddział patrzy na mnie jak na jakiegoś słabeusza. Dlatego dam ci okazję by jeszcze raz mnie zaatakować. – oznajmiwszy to odrzucił swoją broń za plecy i całkowicie odsłonił się na wszelkie ataki. – Tchórzysz? „Co za arogancki śmieć.” – pomyślał Aorth, który bez zastanowienia ruszył na orka. Dziesięć metrów, pięć, trzy, jeden. Aorth nagle padł na ziemię nie mogąc złapać oddechu, a trzymane przez niego ostrza z mroku rozpadły się. Patrząc kątem oka na swojego przeciwnika ujrzał złowieszczy uśmieszek wymalowany na jego twarzy. - Jak ci się podoba „Piekielna Strefa”? Nie używam jej na byle kogo, jednak ty jesteś wyjątkiem od reguły. – rzekł otwarcie wyśmiewając się z naiwności mrocznego elfa. – A teraz giń. Pozbawiając go głowy piach pod jego ciałem przybrał kolor szkarłatu.